Manipulator wykształcony

Można odkryć manipulatora pod postacią człowieka wyjątkowo starannie wykształconego. Okazuje on subtelną pogardę osobom o nie tak rozległej wiedzy. Dziwi go nasza ignorancja w „kluczowych” sprawach, zdumiewa, jak niewielu ludzi ma pojęcie o ważnym temacie. Mówi zwykle tonem nieznoszą-cym sprzeciwu. Wymienia nazwiska, daty i miejsca, nie wdając się w wyjaśnienia. Co za tym idzie, nie zaspokaja naszego głodu wiedzy, choć pragniemy się czegoś od niego nauczyć. Jego ton, jego sposób mówienia tworzą wrażenie, że mamy do czynienia z człowiekiem wyjątkowo kulturalnym. Przekazuje nam informację, że jest niespotykanie inteligentny, a jednocześnie doprowadza do tego, że nie mamy śmiałości zadawać mu pytań fotele kosmetyczne . Jeśli to jednak zrobimy, okaże zaskoczenie, irytację, a następnie zbędzie nas wymijającą odpowiedzią. Jeżeli rzeczywiście potrafi odpowiedzieć na pytanie (czego wbrew pozorom nie można przyjąć za pewnik), z przyjemnością wygłasza tyradę na podsunięty temat, popisując się wiedzą. Stara się wywrzeć jak najlepsze wrażenie, zaimponować słuchaczom. Natomiast jeśli będzie poruszał kwestie, które sami doskonale znacie, szybko dojdziecie do wniosku, że nie ma racji albo w znacznym stopniu przekłamuje. W przypadku gdy nie znacie tematu, nie macie oczywiście żadnej możliwości się w tym zorientować.

Różnica pomiędzy manipulatorem a osobą rzeczywiście interesującą, wykształconą i kulturalną polega na tym, że ta druga nie usiłuje robić na nikim wrażenia, ale swobodnie rozmawia z człowiekiem o innej specjalizacji lub wręcz niewykształconym. Natomiast manipulator, korzystając z cudzej niewiedzy, podkreśli elementy, które wzmocnią jego autorytet: opowie o swoich dyplomach, doskonałej posadzie, wieku czy doświadczeniu.

Szacunek a autorytet

Jak to się dzieje, że osoba tego typu wywiera na nas tak ogromne wrażenie? Stanley Milgram, profesor psychologii oraz szef programu badań przeprowadzanych pod auspicjami Uniwersytetu Nowojorskiego, kwalifikuje ten fenomen jako stosunek szacunku do autorytetu. Liczne badania dowiodły, że wobec wielu przedstawicieli władzy, osób cieszących się szacunkiem, reagujemy w sposób automatyczny. Naturalnie nie mamy powodu wątpić w kwalifikacje ludzi, których powinnością zawodową jest „wiedzieć”. Czy wy w nie wątpicie?

Oto zdumiewający eksperyment profesora Milgrama. Miał miejsce na uniwersytecie Yale, został przeprowadzony na czterdziestu ludziach zdrowych na ciele i umyśle (fakt ten sprawdzono). Pewna osoba ubrana w biały fartuch, z przyczepionym na piersi identyfikatorem, przedstawiła uczestnikom eksperymentu sytuację jako „badanie efektu karania w odniesieniu do nauki i zapamiętywania”. Chodziło o to, by dany człowiek, zwany instruktorem, decydował o aplikowaniu uczniom, którzy popełniali błąd, wstrząsów elektrycznych.

Przed przystąpieniem do badania uczeń miał się nauczyć na pamięć dość długiej listy par wyrazów. Na słowo wypowiedziane przez instruktora powinien był natychmiast odpowiedzieć właściwym hasłem od pary. Na ramionach ucznia umieszczono elektrody. Prowadzący wyjaśnił, jeszcze przed rozpoczęciem sprawdzianu, że wyładowania, choć mogą być bardzo bolesne, nie spowodują „skutków trwałych”. Nastęnie wraz z instruktorem wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia. skąd ucznia nie widzieli, ałe doskonale słyszeli. Instruktor usiadł za konsolą i miał za zadanie aplikować wstrząsy elektryczne po każdej złej odpowiedzi. Za każdy kolejny błąd zwiększał napięcie elektryczne o piętnaście woltów.

Test się rozpoczął. Z początku wyładowania były tylko nieprzyjemne, nie sprawiały bólu. Pomiędzy napięciem siedemdziesiąt pięć a sto pięć woltów uczeń zaczynał pojękiwać. Im mocniej odczuwał ból, tym bardziej się dekoncentrował i tym częściej popełniał błędy. Instruktor kontynuował doświadczenie.

Przy stu dwudziestu woltach uczniowie zwykle wołali, że wstrząsy stały się bardzo bolesne. Przy stu pięćdziesięciu prosili o przerwanie doświadczenia, chcieli wychodzić. Mniej więcej na tym etapie test zaczął dawać wyniki stanowczo niepokojące: instruktor (osiemdziesiąt pięć procent z czterdziestu osób badanych!) głuchł na prośby ucznia i kontynuował zadawanie pytań. Przy stu sześćdziesięciu pięciu woltach kolejni uczniowie wołali: „Przestańcie! Wypuśćcie mnie! Błagam, chcę stąd wyjść! Pozwólcie mi wyjść!”. Ale instruktor kontynuował „sprawdzian”. Na tym etapie wstrząsy były już na tyle silne, że każdy uczeń wył i skręcał się z bólu. Natomiast instruktor kontynuował zadawanie pytań i stopniowo zwiększał napięcie do stu dziewięćdziesięciu pięciu, dwustu dziesięciu i dwustu dwudziestu pięciu woltów…

Często mniej więcej w tym momencie instruktor pytał badacza, czy musi dalej aplikować wstrząsy. Eksperymentator wykorzystywał w tym momencie jedną z technik „perswazji werbalnych” przewidzianych na taką okazję. Te perswazje brzmiały następująco (w stałej kolejności):

•    Proszę kontynuować.

•    Doświadczenie wymaga kontynuacji.

• Kontynuacja jest absolutnie konieczna.

• Nie ma wyboru, należy kontynuować.

Badacz udzielał odpowiedzi tonem uprzejmym, lecz stanowczym.

Na tym etapie uczeń błagał instruktora o pomoc, ale ten, posłuszny wskazówkom badacza, kontynuował „naukę”. Przy napięciu trzystu woltów uczniowie zwykle krzyczeli, że nie odpowiedzą już na żadne pytanie, tymczasem instruktor traktował brak odpowiedzi jako złą odpowiedź. Za każdym razem przed włączeniem prądu informował o wysokości napięcia. W końcu uczeń nie mógł już ani krzyczeć, ani nawet się poruszyć.

Koniec eksperymentu.

A rezultaty są zdumiewające: żaden z czterdziestu instruktorów (normalnych ludzi, takich jak my) nie przerwał badania, kiedy ofiara błagała go o litość, kiedy wyła z bólu, a nawet wówczas, kiedy już nie mogła mówić! Jeden z instruktorów zakończył doświadczenie przy trzystu woltach. Natomiast dwaj stosowali kary aż do momentu, kiedy skończyły im się możliwości (czterysta pięćdziesiąt woltów!).

Wyniki przeszły wszelkie oczekiwania specjalistów (badaczy i psychiatrów). Spekulowali oni przed przeprowadzeniem tego doświadczenia, że tylko jeden, może dwa procent badanych (instruktorów) posunie się do ostateczności (według trzydziestu dziewięciu psychiatrów nawet tylko jedna osoba na tysiąc).

Zdradzę teraz, że uczniów odgrywali aktorzy. Instruktor o tym rzecz jasna nie wiedział. Nie wiedział też, że tylko on jest obiektem zainteresowania badaczy.

Jak wyjaśnić fakt, że przeciętni ludzie, tacy jak każdy z nas, byli zdolni do zadawania niewinnej ofierze coraz większych cierpień? Żadna z osób badanych, powtarzam i podkreślam, nie miała skłonności perwersyjnych ani nie była chora psychicznie.

Odpowiedzi należy dopatrywać się w obecności badacza wydającego polecenia instruktorowi. Dla czterdziestu osób badanych reprezentował on autorytet, był człowiekiem, który wie, co robi oraz co należy robić. Instynkt nie pozwala nam kwestionować statusu takiej osoby. Nietrudno na takiej podstawie zrozumieć, jak Hitler manipulował masami, nie napotykając w zasadzie poważniejszego oporu.

W celu potwierdzenia uzyskanej hipotezy profesor Milgram przeprowadził kolejne doświadczenie, zmieniając jeden istotny element, a mianowicie rolę ucznia powierzył tym razem badaczowi, natomiast funkcję badacza przejął uczeń. Zostali zamienieni miejscami. W tej sytuacji wszyscy badani instruktorzy odmówili zaaplikowania badaczowi choćby jednego impulsu wbrew jego woli, mimo że dostawali takie polecenie od niedawnej ofiary. W chwili gdy badacz zaczynał odczuwać ból, instruktor nieodwołalnie przerywał sprawdzian.

W kolejnej wersji doświadczenia badacz prosił instruktora o  przerwanie sprawdzianu, choć uczeń chciał go kontynuować. Instruktor zawsze był posłuszny badaczowi.

Inne warianty podobnych doświadczeń potwierdzają bezwarunkowe podporządkowanie się badanych instruktorów poleceniom wydawanym przez osoby uznawane za autorytet.

Wyjątkowo interesujący eksperyment przeprowadzono w środowisku medycznym – w jednym ze szpitali w Stanach Zjednoczonych. Poddano mu dwadzieścia osiem pielęgniarek zatrudnionych na różnych oddziałach: chirurgii, pediatrii i psychiatrii. Badacze (lekarze oraz pielęgniarki) chcieli prześledzić problem posłuszeństwa w kontekście kardynalnego błędu zawartego w konkretnym poleceniu.

Poza tym chcieli sprawdzić, co się stanie, jeżeli w miejsce lekarza w białym fartuchu, postaci symbolizującej autorytet, wprowadzą nieznany głos przedstawiający się przez telefon jako „doktor”.

Badacz dzwonił do szpitala i twierdząc, że jest zatrudnionym w nim lekarzem, prosił pielęgniarkę o podanie dwudziestu miligramów konkretnego leku pacjentowi hospitalizowanemu w jednej z sal w jej rewirze.

Istniały cztery podstawowe powody, dla których takie polecenie powinno było wzbudzić u pielęgniarki poważne wątpliwości:

• Regulamin szpitala nie pozwalał na przyjmowanie zaleceń lekarskich przez telefon.

• Wspomniany lek nie miał państwowej autoryzacji, nie został wprowadzony do sprzedaży, lecz mimo to znajdował się w szpitalnej aptece.

• Zlecona dawka była niebezpiecznie duża. Producent w ulotce zastrzegł, że nie należy podawać go więcej niż dziesięć miligramów dziennie, a więc połowę tego, co lekarz zlecił przez telefon.

• Pielęgniarka nigdy dotąd nie widziała ani nawet nie rozmawiała przez telefon z osobą wydającą jej polecenie.

Efekty okazały się zadziwiające. W dziewięćdziesięciu procentach przypadków pielęgniarka udawała się do szpitalnej apteki, pobierała zaleconą dawkę leku i kierowała się w stronę pokoju pacjenta, by mu podać specyfik. W drodze zatrzymywał ją obserwator, wyjaśniając naturę doświadczenia, któremu została poddana.

Po zakończeniu eksperymentu badacze opowiedzieli o nim pozostałym pielęgniarkom i zapytali, co by zrobiły na miejscu koleżanek. Wszystkie bez wyjątku odpowiedziały, że nie posłuchałyby takiego polecenia pod żadnym pozorem.

Interesujące, prawda?

Eksperyment ten został, jak wspomniałam, przeprowadzony w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie pielęgniarki, którym opowiadałam o tym doświadczeniu, zapewniały mnie, że taka sytuacja nie mogłaby zaistnieć w ich przypadku, że na pewno nie wykonałyby polecenia fałszywego lekarza. Ciekawe, jakie wyniki dałoby przeprowadzenie identycznego eksperymentu w naszym kraju.

Jak mogliśmy zauważyć, posłuszeństwo wobec autorytetów albo symboli władzy (tytułów, odpowiedniego ubioru czy przedmiotów) wcale nie jest świadome. Powyższe doświadczenia doskonale obrazują genezę wpływów manipulatora, który dysponuje jakaś formą władzy (nawet iluzorycznej). Może on bez trudu podporządkować sobie innych i nakłonić ich do działania zgodnie ze swą wolą.

Dzieje się to poza naszą świadomością. Jesteśmy podatni na wpływy, podlegli symbolom władzy i autorytetom.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s