Manipulator dyktator

Dyktatora zwykle bardzo łatwo odkryć. Charakteryzuje go otwarta krytyka, bezpośredni atak i częste gwałtowne wybuchy. Z reguły nie prawi komplementów, lecz jeśli będzie potrzebował pomocy, ucieknie się do pochlebstw. Często jest przykry, agresywny i władczy. Tyranizuje otoczenie. Mimo to najczęściej udaje mu się otrzymać wszystko, czego wymaga -ponieważ wzbudza strach. Ludzie uważają, że ma trudny charakter, niełatwo z nim wytrzymać, ale nie podejrzewają manipulacji. Dyktator bywa przewrotny, może zdawać sobie sprawę ze swoich pretensji oraz ciągotek do wszechwładzy. Świadomość ta w najmniejszym stopniu w niczym mu nie przeszkadza fotobudka na imprezę. Tkwi w przekonaniu, że uczuciowość jest niepojętą wadą zarówno na niwie zawodowej, jak i prywatnej. Żadne emocje nie mogą osłabiać jego skuteczności, woli osiągnięcia wszystkich przewidzianych celów. Rzecz tak normalna jak pozdrowienie: „Cześć, co u ciebie?”, czy zwykła przerwa na kawę są dla niego wyłącznie stratą czasu, ponieważ nie dają żadnych natychmiastowych korzyści. Do tej samej kategorii zaliczają się słowa „proszę” czy „dziękuję” albo szczere komplementy. Absolutnie go nie interesuje, co myślą i czują inni. jak żyją. Jego zdaniem człowiek nie ma prawa stać się ofiarą własnych uczuć. Musi sprawować nad nimi kontrolę absolutną. Jeżeli pojawiają się jakieś słabości czy potknięcia, należy się ich wstydzić.

Dyktator postanowił już dawno (oczywiście sam!), że jego pryncypia zostaną przyjęte przez cale jego otoczenie. Nie tylko w pracy, ale także w domu i w towarzystwie. Jak każdy szanujący się manipulator, bezwzględnie wymaga od innych realizowania własnych „wartości”, których sam przestrzega tylko do pewnego stopnia. Gdy zdarzy mu się potrzebować pomocy w razie choroby albo kiedy jest w złym nastroju, a ty nie jesteś gotów służyć mu na każde skinienie, z pewnością potraktuje cię w sposób nieludzki i egoistyczny.

Ta forma terroryzmu w relacjach z otoczeniem jest, w przeciwieństwie do maski życzliwości, nieśmiałości czy altruizmu, stosunkowo łatwa do rozpoznania. Niestety, wcale nie łatwiej jest żyć na co dzień z takim kolegą, zwierzchnikiem (a ten typ osobowości często wybiera pracę na stanowisku kierowniczym) lub w rodzinie. Przy wszelkich konsekwencjach psychologicznych wywoływanych przez różnych manipulatorów, zdecydowanie przyjemniej jest na co dzień stykać się z osobą, która mówi „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam”, która potrafi słuchać oraz się uśmiechać. Oczywiście są to gesty mieszczące się w ramach manipulacji, ale przecież postrzegamy innych poprzez ich zachowania, a nie mentalność. Grzeczność jest zawsze mile widziana. Manipulatorowi w masce dyktatora stanowczo jej brakuje.

Manipulator nieśmiały

Ten typ manipulatora jest trudny do zdefiniowania i rzadko spotykany.

To człowiek spokojny, w grupie zawsze cichy i zamknięty w sobie. Milcząc, wzrokiem osądza innych, nie zdradza się ze swoim zdaniem, nawet kiedy o to prosimy. Jego obecność może się stać przykra lub przeciwnie, można o nim na jakiś czas zapomnieć. Manipulator nieśmiały bardzo często jest kobietą. Robi ona wrażenie dyskretnej, nawet jakby zagubionej w szerszym gronie. By przekazać upatrzonej osobie swoje zdanie albo krytykę, wykorzystuje małżonka lub kolegę. W ten sposób zwraca na siebie mimowolną uwagę osoby przekazującej informację. Często taka manipulatorka przybiera pozę słabości, uległości i poddania. Prawdziwe wołanie o wsparcie!

Manipulator nieśmiały różni się od osoby prawdziwie nieśmiałej lub pasywnej tym, że osądza innych „za ich plecami”, siejąc niezgodę lub rzucając krzywdzące podejrzenia. Twierdzi, że nie znosi konfliktów, tymczasem po cichu, po kryjomu stale je wywołuje. Najczęściej nikt nie podejrzewa, że źródłem kłopotów jest ta właśnie osoba.

Cicha woda brzegi rwie…

Manipulator wykształcony

Można odkryć manipulatora pod postacią człowieka wyjątkowo starannie wykształconego. Okazuje on subtelną pogardę osobom o nie tak rozległej wiedzy. Dziwi go nasza ignorancja w „kluczowych” sprawach, zdumiewa, jak niewielu ludzi ma pojęcie o ważnym temacie. Mówi zwykle tonem nieznoszą-cym sprzeciwu. Wymienia nazwiska, daty i miejsca, nie wdając się w wyjaśnienia. Co za tym idzie, nie zaspokaja naszego głodu wiedzy, choć pragniemy się czegoś od niego nauczyć. Jego ton, jego sposób mówienia tworzą wrażenie, że mamy do czynienia z człowiekiem wyjątkowo kulturalnym. Przekazuje nam informację, że jest niespotykanie inteligentny, a jednocześnie doprowadza do tego, że nie mamy śmiałości zadawać mu pytań fotele kosmetyczne . Jeśli to jednak zrobimy, okaże zaskoczenie, irytację, a następnie zbędzie nas wymijającą odpowiedzią. Jeżeli rzeczywiście potrafi odpowiedzieć na pytanie (czego wbrew pozorom nie można przyjąć za pewnik), z przyjemnością wygłasza tyradę na podsunięty temat, popisując się wiedzą. Stara się wywrzeć jak najlepsze wrażenie, zaimponować słuchaczom. Natomiast jeśli będzie poruszał kwestie, które sami doskonale znacie, szybko dojdziecie do wniosku, że nie ma racji albo w znacznym stopniu przekłamuje. W przypadku gdy nie znacie tematu, nie macie oczywiście żadnej możliwości się w tym zorientować.

Różnica pomiędzy manipulatorem a osobą rzeczywiście interesującą, wykształconą i kulturalną polega na tym, że ta druga nie usiłuje robić na nikim wrażenia, ale swobodnie rozmawia z człowiekiem o innej specjalizacji lub wręcz niewykształconym. Natomiast manipulator, korzystając z cudzej niewiedzy, podkreśli elementy, które wzmocnią jego autorytet: opowie o swoich dyplomach, doskonałej posadzie, wieku czy doświadczeniu.

Szacunek a autorytet

Jak to się dzieje, że osoba tego typu wywiera na nas tak ogromne wrażenie? Stanley Milgram, profesor psychologii oraz szef programu badań przeprowadzanych pod auspicjami Uniwersytetu Nowojorskiego, kwalifikuje ten fenomen jako stosunek szacunku do autorytetu. Liczne badania dowiodły, że wobec wielu przedstawicieli władzy, osób cieszących się szacunkiem, reagujemy w sposób automatyczny. Naturalnie nie mamy powodu wątpić w kwalifikacje ludzi, których powinnością zawodową jest „wiedzieć”. Czy wy w nie wątpicie?

Oto zdumiewający eksperyment profesora Milgrama. Miał miejsce na uniwersytecie Yale, został przeprowadzony na czterdziestu ludziach zdrowych na ciele i umyśle (fakt ten sprawdzono). Pewna osoba ubrana w biały fartuch, z przyczepionym na piersi identyfikatorem, przedstawiła uczestnikom eksperymentu sytuację jako „badanie efektu karania w odniesieniu do nauki i zapamiętywania”. Chodziło o to, by dany człowiek, zwany instruktorem, decydował o aplikowaniu uczniom, którzy popełniali błąd, wstrząsów elektrycznych.

Przed przystąpieniem do badania uczeń miał się nauczyć na pamięć dość długiej listy par wyrazów. Na słowo wypowiedziane przez instruktora powinien był natychmiast odpowiedzieć właściwym hasłem od pary. Na ramionach ucznia umieszczono elektrody. Prowadzący wyjaśnił, jeszcze przed rozpoczęciem sprawdzianu, że wyładowania, choć mogą być bardzo bolesne, nie spowodują „skutków trwałych”. Nastęnie wraz z instruktorem wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia. skąd ucznia nie widzieli, ałe doskonale słyszeli. Instruktor usiadł za konsolą i miał za zadanie aplikować wstrząsy elektryczne po każdej złej odpowiedzi. Za każdy kolejny błąd zwiększał napięcie elektryczne o piętnaście woltów.

Test się rozpoczął. Z początku wyładowania były tylko nieprzyjemne, nie sprawiały bólu. Pomiędzy napięciem siedemdziesiąt pięć a sto pięć woltów uczeń zaczynał pojękiwać. Im mocniej odczuwał ból, tym bardziej się dekoncentrował i tym częściej popełniał błędy. Instruktor kontynuował doświadczenie.

Przy stu dwudziestu woltach uczniowie zwykle wołali, że wstrząsy stały się bardzo bolesne. Przy stu pięćdziesięciu prosili o przerwanie doświadczenia, chcieli wychodzić. Mniej więcej na tym etapie test zaczął dawać wyniki stanowczo niepokojące: instruktor (osiemdziesiąt pięć procent z czterdziestu osób badanych!) głuchł na prośby ucznia i kontynuował zadawanie pytań. Przy stu sześćdziesięciu pięciu woltach kolejni uczniowie wołali: „Przestańcie! Wypuśćcie mnie! Błagam, chcę stąd wyjść! Pozwólcie mi wyjść!”. Ale instruktor kontynuował „sprawdzian”. Na tym etapie wstrząsy były już na tyle silne, że każdy uczeń wył i skręcał się z bólu. Natomiast instruktor kontynuował zadawanie pytań i stopniowo zwiększał napięcie do stu dziewięćdziesięciu pięciu, dwustu dziesięciu i dwustu dwudziestu pięciu woltów…

Często mniej więcej w tym momencie instruktor pytał badacza, czy musi dalej aplikować wstrząsy. Eksperymentator wykorzystywał w tym momencie jedną z technik „perswazji werbalnych” przewidzianych na taką okazję. Te perswazje brzmiały następująco (w stałej kolejności):

•    Proszę kontynuować.

•    Doświadczenie wymaga kontynuacji.

• Kontynuacja jest absolutnie konieczna.

• Nie ma wyboru, należy kontynuować.

Badacz udzielał odpowiedzi tonem uprzejmym, lecz stanowczym.

Na tym etapie uczeń błagał instruktora o pomoc, ale ten, posłuszny wskazówkom badacza, kontynuował „naukę”. Przy napięciu trzystu woltów uczniowie zwykle krzyczeli, że nie odpowiedzą już na żadne pytanie, tymczasem instruktor traktował brak odpowiedzi jako złą odpowiedź. Za każdym razem przed włączeniem prądu informował o wysokości napięcia. W końcu uczeń nie mógł już ani krzyczeć, ani nawet się poruszyć.

Koniec eksperymentu.

A rezultaty są zdumiewające: żaden z czterdziestu instruktorów (normalnych ludzi, takich jak my) nie przerwał badania, kiedy ofiara błagała go o litość, kiedy wyła z bólu, a nawet wówczas, kiedy już nie mogła mówić! Jeden z instruktorów zakończył doświadczenie przy trzystu woltach. Natomiast dwaj stosowali kary aż do momentu, kiedy skończyły im się możliwości (czterysta pięćdziesiąt woltów!).

Wyniki przeszły wszelkie oczekiwania specjalistów (badaczy i psychiatrów). Spekulowali oni przed przeprowadzeniem tego doświadczenia, że tylko jeden, może dwa procent badanych (instruktorów) posunie się do ostateczności (według trzydziestu dziewięciu psychiatrów nawet tylko jedna osoba na tysiąc).

Zdradzę teraz, że uczniów odgrywali aktorzy. Instruktor o tym rzecz jasna nie wiedział. Nie wiedział też, że tylko on jest obiektem zainteresowania badaczy.

Jak wyjaśnić fakt, że przeciętni ludzie, tacy jak każdy z nas, byli zdolni do zadawania niewinnej ofierze coraz większych cierpień? Żadna z osób badanych, powtarzam i podkreślam, nie miała skłonności perwersyjnych ani nie była chora psychicznie.

Odpowiedzi należy dopatrywać się w obecności badacza wydającego polecenia instruktorowi. Dla czterdziestu osób badanych reprezentował on autorytet, był człowiekiem, który wie, co robi oraz co należy robić. Instynkt nie pozwala nam kwestionować statusu takiej osoby. Nietrudno na takiej podstawie zrozumieć, jak Hitler manipulował masami, nie napotykając w zasadzie poważniejszego oporu.

W celu potwierdzenia uzyskanej hipotezy profesor Milgram przeprowadził kolejne doświadczenie, zmieniając jeden istotny element, a mianowicie rolę ucznia powierzył tym razem badaczowi, natomiast funkcję badacza przejął uczeń. Zostali zamienieni miejscami. W tej sytuacji wszyscy badani instruktorzy odmówili zaaplikowania badaczowi choćby jednego impulsu wbrew jego woli, mimo że dostawali takie polecenie od niedawnej ofiary. W chwili gdy badacz zaczynał odczuwać ból, instruktor nieodwołalnie przerywał sprawdzian.

W kolejnej wersji doświadczenia badacz prosił instruktora o  przerwanie sprawdzianu, choć uczeń chciał go kontynuować. Instruktor zawsze był posłuszny badaczowi.

Inne warianty podobnych doświadczeń potwierdzają bezwarunkowe podporządkowanie się badanych instruktorów poleceniom wydawanym przez osoby uznawane za autorytet.

Wyjątkowo interesujący eksperyment przeprowadzono w środowisku medycznym – w jednym ze szpitali w Stanach Zjednoczonych. Poddano mu dwadzieścia osiem pielęgniarek zatrudnionych na różnych oddziałach: chirurgii, pediatrii i psychiatrii. Badacze (lekarze oraz pielęgniarki) chcieli prześledzić problem posłuszeństwa w kontekście kardynalnego błędu zawartego w konkretnym poleceniu.

Poza tym chcieli sprawdzić, co się stanie, jeżeli w miejsce lekarza w białym fartuchu, postaci symbolizującej autorytet, wprowadzą nieznany głos przedstawiający się przez telefon jako „doktor”.

Badacz dzwonił do szpitala i twierdząc, że jest zatrudnionym w nim lekarzem, prosił pielęgniarkę o podanie dwudziestu miligramów konkretnego leku pacjentowi hospitalizowanemu w jednej z sal w jej rewirze.

Istniały cztery podstawowe powody, dla których takie polecenie powinno było wzbudzić u pielęgniarki poważne wątpliwości:

• Regulamin szpitala nie pozwalał na przyjmowanie zaleceń lekarskich przez telefon.

• Wspomniany lek nie miał państwowej autoryzacji, nie został wprowadzony do sprzedaży, lecz mimo to znajdował się w szpitalnej aptece.

• Zlecona dawka była niebezpiecznie duża. Producent w ulotce zastrzegł, że nie należy podawać go więcej niż dziesięć miligramów dziennie, a więc połowę tego, co lekarz zlecił przez telefon.

• Pielęgniarka nigdy dotąd nie widziała ani nawet nie rozmawiała przez telefon z osobą wydającą jej polecenie.

Efekty okazały się zadziwiające. W dziewięćdziesięciu procentach przypadków pielęgniarka udawała się do szpitalnej apteki, pobierała zaleconą dawkę leku i kierowała się w stronę pokoju pacjenta, by mu podać specyfik. W drodze zatrzymywał ją obserwator, wyjaśniając naturę doświadczenia, któremu została poddana.

Po zakończeniu eksperymentu badacze opowiedzieli o nim pozostałym pielęgniarkom i zapytali, co by zrobiły na miejscu koleżanek. Wszystkie bez wyjątku odpowiedziały, że nie posłuchałyby takiego polecenia pod żadnym pozorem.

Interesujące, prawda?

Eksperyment ten został, jak wspomniałam, przeprowadzony w Stanach Zjednoczonych. Wszystkie pielęgniarki, którym opowiadałam o tym doświadczeniu, zapewniały mnie, że taka sytuacja nie mogłaby zaistnieć w ich przypadku, że na pewno nie wykonałyby polecenia fałszywego lekarza. Ciekawe, jakie wyniki dałoby przeprowadzenie identycznego eksperymentu w naszym kraju.

Jak mogliśmy zauważyć, posłuszeństwo wobec autorytetów albo symboli władzy (tytułów, odpowiedniego ubioru czy przedmiotów) wcale nie jest świadome. Powyższe doświadczenia doskonale obrazują genezę wpływów manipulatora, który dysponuje jakaś formą władzy (nawet iluzorycznej). Może on bez trudu podporządkować sobie innych i nakłonić ich do działania zgodnie ze swą wolą.

Dzieje się to poza naszą świadomością. Jesteśmy podatni na wpływy, podlegli symbolom władzy i autorytetom.

Manipulator altruista

Manipulator altruista ze swojego punktu widzenia daje nam wszystko, wszystko dla nas robi, wszystko kupuje i na dodatek o nic nie trzeba go prosić. Tymczasem jego uczynki mają źródło w oczekiwaniu, że zaspokojone zostanie jego podstawowe założenie: każdy gest wymaga wzajemności. Innymi słowy – daje nam wszystko, lecz przez to nie sposób mu niczego odmówić!

–    Jest taki miły, że nie mogłam powiedzieć „nie”.

Pomagasz mu, nawet jeśli nie masz ochoty zrobić tego,

o co prosi albo do czego cię skłania bez proszenia.

Patrice ma trzydzieści sześć lat. Jest kawalerem, mieszka w Paryżu. Jego rodzice cieszą się urokami spokojnej emerytury na południu Francji.

W którymś momencie ojciec zaczął mieć kłopoty ze zdrowiem. Patrice postanowił wobec tego odwiedzić rodziców, choć zaplanował to bez szczególnego entuzjazmu.

Ojciec od razu pierwszego dnia oprowadził syna po posiadłości. Szybko okazało się, że z powierzchni ścian pod krawędziami dachu willi schodzi farba.

–    Wiedziałem, że mój ojciec nie da sobie rady z taką pracą – opowiada Patrice. – A on, doskonale świadomy swoich ograniczeń, doprowadził do tego, że sam zaproponowałem mu pomoc. Jakiś czas później zaczął wspominać o okiennicach. Również były w fatalnym stanie. Jego niedomówienia sugerowały, że sam nie podoła naprawom. W końcu zapytał, czy mogę wziąć urlop w maju i przyjechać mu pomóc.

Pomysł niespecjalnie się synowi podobał, tym bardziej że rodzice dysponowali wystarczającymi środkami, by nająć do pracy fachowców. Ale choć miał ogromną ochotę odmówić, narastało w nim poczucie winy.

–    Ojciec zagrał na moich uczuciach rodzinnych. Zachowywał się, jakbym miał pozbawić pomocy osobę znajdującą się w krytycznej sytuacji, więc trudno mi było odmówić, nawet jeśli musiałem zmarnować urlop. No i jeszcze zaproponował, że zapłaci za mój bilet lotniczy tam i z powrotem. Mało tego, byłem pewien, że wetknie mi w rękę jakąś symboliczną sumę

i    powie jak zwykle: „Widzisz, nikt cię tu nie wykorzystuje!”.

Cały urlop Patrice spędził u rodziców. Czas przeznaczony na wypoczynek poświęcił na remont ich domu. Ostatniego dnia ojciec wręczył mu czek na sumę śmiesznie małą w porównaniu z kosztami przyjazdu oraz wartością wykonanej pracy.

–    Nie wystarczy nawet na rachunek telefoniczny – wyrwało się Patrice’owi.

–    Jeśli to za mało, dam ci więcej – obiecał ojciec.

Patrice żałował, że w ogóle się odezwał. Nie wziął drugiego czeku.

Tuż przed wejściem do samolotu usłyszał od ojca:

–    Tak to już jest, ludzie muszą sobie pomagać.

Należy jednak pamiętać, że istnieje ogromna różnica między pomocą a wyzyskiem.

Zasada wzajemności

Zasada wzajemności, doskonale znana manipulatorom, stanowi, że należy bezwzględnie odpłacić za wyświadczone przysługi. Reguła ta zapada w nas coraz głębiej, w miarę jak przechodzimy kolejne etapy dojrzewania społecznego. Lionel Tiger i Robin Fox, antropolodzy amerykańscy, wyjaśniają, że w grę wchodzi tu mechanizm adaptacji występujący u człowieka skutecznie przeprowadzającego wymianę towarów, tak się tworzą więzi społeczne. Każdy z nas w trakcie procesu wychowania przyjął tę regułę związaną z obowiązkami społecznymi. Niestosowanie się do niej grozi sankcjami w postaci ogólnego potępienia, nasze otoczenie uzna nas za osobę niegrzeczną i niewdzięczną, wręcz za wyzyskiwacza – za każdym razem, kiedy cokolwiek zyskujemy, nie podejmując wysiłku, by ofiarować coś w zamian.

Ponieważ nie chcemy być źle oceniani przez bliźnich, odgrywamy rolę narzuconą nam przez cywilizację. I w ten sposób wpadamy w sidła manipulatora, który wykorzystuje naszą świadomość, że w pewnych sytuacjach zaciągamy dług.

Liczne eksperymenty z psychologii społecznej, przeprowadzane w Stanach Zjednoczonych, udowodniły ogromny wpływ zasady wzajemności na nas wszystkich. Reguła ta działa silniej, jeżeli czujemy do proszącego sympatię. Mało tego, może on wzbudzić w nas poczucie, że zaciągnęliśmy wobec niego dług, ponieważ coś nam dał, choć myśmy o to nie zabiegali. Mimo że zasada wzajemności zobowiązuje nas do zwrotu długu, to dopiero skłonność do brania sprawia, że zasadę tę tak łatwo wykorzystać. Na przykład, jeśli któregoś dnia będziecie potrzebowali pieniędzy, a manipulator wam je pożyczy, to potem jest on w stanie poprosić o „niewielką przysługę” – na przykład pożyczenie dwa razy większej kwoty. Innymi słowy, to on wybiera czas i sposób spłaty długu emocjonalnego. I w tej sytuacji bardzo trudno jest mu odmówić. A jeśli to zrobimy, z pewnością odwoła się do słynnej zasady wzajemności:

–    Jak ty potrzebowałeś, to ci pożyczyłem.

Musimy jakoś wybrnąć z sytuacji, ponieważ w przeciwnym razie możemy łatwo stać się obiektem manipulacji wyzyskiwacza zmuszającego nas do zaakceptowania nierównej wymiany usług.

Manipulator altruista zdolny jest poświęcić nam swój czas, obdarowywać upominkami, wysuwać całkiem logiczne propozycje, które w danym momencie są nam jak najbardziej na rękę. Ale też wyegzekwuje, z mniejszą lub większą finezją, nieproporcjonalnie wielki wysiłek z naszej strony – w ostatecznym rozrachunku znacznie większy niż własny.

Ta cecha manipulatora sprawia, że jest on tym bardziej niebezpieczny, im bardziej my jesteśmy nieświadomi mechanizmów wprawiających w ruch tę machinę. Tworzy wzajemne zależności – i pułapka wzajemnych „uprzejmości” się zamyka!

Manipulator uwodziciel

Obdarzony jest fizycznie atrakcyjnym wyglądem. Ma to „coś”, jakiś wdzięk. Starannie dobiera odzież, biżuterię, samochód itd., bo podkreślają jego wartość. Manipulator uwodziciel zagląda ci w oczy, stawia pytania, które mogą budzić zakłopotanie, a na pytania zadawane jemu odpowiada wymijająco, dzięki czemu zyskuje aurę tajemniczości. Od innych bierze wszystko, na co tylko ma ochotę, sam natomiast nie daje nic prócz pochlebstw. Komplementy, najczęściej nieszczere, są dla niego doskonałym środkiem wpływania na innych. Oczywiście do perfekcji ma opanowane wszelkie działania, dzięki którym może się spodobać i obudzić w innych fascynację własną osobą.

Od ujmującego wdzięku do manipulacji: przypadek Marca

Jako malec Marc był – zdaniem swojej mamy – „przeuroczy”. Natomiast jego otoczenie zwracało uwagę na zadziwiająco wielki bunt chłopca wobec wszelkiej krytyki czy kary. Po to, by jak najrzadziej znajdować się w krępujących go sytuacjach, udawał natychmiastowe posłuszeństwo, mało tego, jeszcze wspierał owo zachowanie słodkim uśmiechem. Taka wyrafinowana postawa może dziwić u dziecka. W następnych latach Marc doskonale radził sobie z nauką oraz zajęciami pozaszkolnymi, stał się prawdziwą dumą rodziców, lubili go inni dorośli z najbliższego otoczenia. Był usłużny i przymilny aż do przesady.

Został prawdziwym beniaminkiem, wszyscy się nim zachwycali. Jego siostra, Dianę, zawsze słyszała od sąsiadów:

– Co u twojego brata? Taki miły z niego chłopiec!

Ona także go uwielbiała. Miała naturę pasywną, wobec czego wyświadczała mu wiele przysług, wystarczyło, że poprosił. Po latach przyznała, że odmówić mu czegokolwiek, choćby własnego kieszonkowego – w żaden sposób nie potrafiła. Była przekonana, iż jemu się te pieniądze zwyczajnie należą. Marc miał „ogromne potrzeby” i chętnie korzystał z pieniędzy siostry.

– Zawsze mu oddawałam całe swoje kieszonkowe – wspomina Dianę. – Zostawałam kompletnie spłukana. W ogóle nie liczyłam się z własnymi pragnieniami. Mówiłam sobie, że on ma znacznie większe potrzeby niż ja. Cały świat leżał mu u stóp.

Gdy Marc skończył dziewięć lat, jego rodzice się rozwiedli. Próbował przyjąć wobec matki, wtedy osoby osłabionej psychicznie, postawę władczą. Już wypraktykował taki wzorzec postępowania na swojej o trzy lata młodszej siostrze.

– Teraz ja jestem głową domu! – oznajmił któregoś dnia.

– Nie, synku. Owszem, jesteś mężczyzną, ale jeszcze bardzo małym. Jesteś moim dzieckiem i ja będę teraz głową rodziny.

Marc nie sprzeciwił się, posłusznie uległ woli matki.

Jako nastolatek doszedł do perfekcji w wykorzystywaniu braku równowagi uczuciowej rodziców do osiągania własnych korzyści. Miał czternaście lat, gdy zażądał od matki wakacji w Anglii. Odmówiła mu ze względów finansowych, ale Marc nie przyjął odmowy do wiadomości.

– Tata by się zgodził! Jadę do niego!

Ponieważ od matki nie otrzymał tego, czego chciał, zniknął na kilka dni u ojca.

Takie zachowanie stanowi typowy przykład szantażu emocjonalnego.

Marc potrafił rozgrywać stosunki między dwoma dorosłymi na swoją korzyść, mieszkał raz w jednym domu, raz w drugim, zależnie od swoich chęci oraz potrzeb.

Pomiędzy czternastym a osiemnastym rokiem życia przebywał częściej u ojca, znacznie bardziej pobłażliwego i zbyt tolerancyjnego. Co więcej, ojciec ponownie się ożenił, z bardzo młodą kobietą, całkowicie oczarowaną pasierbem. W tej nowej rodzinie Marc niewielkim wysiłkiem osiągał wszystko, czego tylko zapragnął.

Korzystał z każdej okazji, by manipulować otoczeniem. Zdawał sobie sprawę, że ponieważ większość czasu spędza z ojcem, matka oczekuje go z otwartymi ramionami. Wobec czego, pojawiając się u niej, zyskiwał natychmiast cześć i honor należne królowi oraz jedynemu władcy.

Objąwszy stanowisko dyrektora handlowego, zbudował sobie dom dzięki niebagatelnemu wsparciu finansowemu rodziców.

W roku 1985 stracił ojca. Pojawiły się kwestie dziedziczenia. Marc poruszył ten temat z macochą dokładnie w dniu pogrzebu. Odpowiedziała mu, że niewielki spadek pozostały po zmarłym zostanie przeznaczony na sfinansowanie nauki ich dwojga dzieci, jeszcze niepełnoletnich.

Dianę była oburzona niekorzystnym dla brata obrotem spraw. Marc nie rezygnował ze swoich żądań i powtórnie spotkał się z odmową macochy. Wobec czego zabronił siostrze spotykać się z drugą żoną ojca i jej dziećmi.

–    Nie do wiary – wspomina Dianę. – Miałam dwadzieścia osiem lat, a posłuchałam go jak dziecko! Nie wiem dlaczego. Może ze względu na ton, jakim wydał mi to polecenie. Tak czy inaczej, nie widziałam przyrodniego rodzeństwa przez bite cztery lata!

Marc bez słowa wyjaśnienia zniknął z życia rodziny ojca. Dianę, sterroryzowana przez brata, długo nie utrzymywała z nimi kontaktu.

Po śmierci dziadka Marca i Dianę ich matka odziedziczyła farmę. Ponieważ miała własny dom, sprzedała ją, a że nie była zbyt dobrze zorientowana w rynku finansowym i administracyjnym, zostawiła sprawy w rękach syna. Ten, korzystając z okazji, nakłonił ją do kupienia apartamentu nad morzem. Używał coraz mocniejszych, lecz stale nieszczerych argumentów:

– Dobrze zrobisz, kupując apartament. Będziesz mogła się cieszyć towarzystwem wnuczek (jego dwóch córek), Dianę też wpadnie od czasu do czasu, więc będziesz się z nią częściej widywała.

Matka dała się przekonać i zapłaciła za mieszkanie kupione na syna oraz córkę, która miała, zdaniem Marca, uzyskać z tego powodu jakieś korzyści podatkowe. Od chwili gdy został właścicielem apartamentu, przestał się pokazywać u matki, choć nie mieszkała daleko. A gdy Dianę robiła mu z tego powodu wymówki, odpowiadał, że nie ma czasu.

Dostał wszystko, czego chciał, więc jakikolwiek dalszy wysiłek był zbędny. Jego matka straciła wszystko. Nie widywała już wnuczek, nie była zapraszana do nadmorskiego apartamentu. Zaczęły jej się otwierać oczy.

Zastanawiała się: Musiałam zrobić coś nie tak. Dlaczego to się tak skończyło? Sama sobie jestem winna.

Kilka lat roztrząsała, co zrobiła, że syn traktuje ją tak obojętnie. W jej pojęciu Marc nadal był uprzejmy, uczynny, miły, inteligentny… Nie potrafiła sobie wyobrazić, nawet mając przed oczami fakty, że jej syn jest dwulicowy.

Dianę natomiast, w kilka lat po zerwaniu kontaktów z macochą oraz przyrodnim rodzeństwem, zdała sobie sprawę z absurdalności sytuacji i odnowiła kontakty z rodziną ojca. Na tym etapie nadal nie rozumiała, co spowodowało, że się urwały.

Do dziś dnia ich wzajemne stosunki układają się doskonale.

W końcu matka i siostra odkryły, że Marc jest manipulatorem. Jego głównym celem było zdobycie pieniędzy, które mógł wyciągnąć od własnej rodziny, oraz korzyści finansowe, jakie osiągał, podporządkowując sobie innych ludzi. Uwodzenie ludzi z otoczenia opanował do perfekcji, korzystając z wrodzonego uroku, posługując się uczynnością – i to od wczesnego dzieciństwa.

Dianę oraz jej matka, choć z wielkim trudem i targane ogromnymi wątpliwościami, zerwały wreszcie kontakty z manipulatorem.

* * *

Manipulator różnymi sposobami wywołuje uczucie znacznie subtelniejsze i bardziej niebezpieczne niż sympatię, a mianowicie: fascynację. Etymologia tego łacińskiego wyrazu: fascinum, fascinare nawiązuje do słów: „czar, urok, zaklinanie”. Manipulator uwodziciel nieodparcie przyciąga tych spośród nas. którzy są podatni na pewne jego cechy. Może to być jedwabisty głos, przymioty cielesne, uroda, inteligencja, znajomości, niepowszednia czułość, galanteria… Tak czy inaczej, pamiętajmy: fascynacja człowieka ogranicza, nigdy mu nie służy!

Manipulator życzliwy

Ta maska jest stanowczo najpopularniejsza. A jednocześnie najgroźniejsza, ponieważ doskonale ukrywa grę manipulatora: jest on uśmiechnięty, zadowolony z życia, łatwo nawiązuje kontakt, a nawet, w konkretnych sytuacjach, potrafi okazać się osobą uważną i przejętą cudzymi sprawami. Mówi dużo i płynnie. Szykuje sobie scenę, przygotowuje pozycję i wkrótce w sposób najnaturalniejszy w świecie zajmuje twoje miejsce. Sprawia wrażenie osoby doskonale czującej się we własnej skórze, człowieka, do którego chciałbyś się upodobnić, którego przychylność chcesz zyskać koniecznie. Doskonałym przykładem tego typu osobowości jest postać grana przez Michela Pic-coli w filmie Dziwna sprawa Pierre’a Granier-Deferre’a.

W tym uroczym człowieku, zdobnym w tyle zalet, szalenie trudno dostrzec manipulatora. Gdzie tu niebezpieczeństwo!

Proces manipulacji jest dyskretny, ukryty za całym kompleksem różnych póz, a te, choć przybrane i fałszywe, mogą robić wrażenie sympatycznych.

Czy zwróciliście kiedyś uwagę, że znacznie chętniej spełniamy prośby osoby, która wydaje nam się życzliwa? Jednocześnie znacznie trudniej jest, ogólnie rzecz biorąc, odmówić czegoś przyjacielowi niż obcemu. Większość manipulatorów wykorzystuje tę prostą zależność do powiększenia swoich wpływów na otoczenie. Identyczne zjawisko istnieje w świecie przyrody. Na przykład ryby drapieżne, aby łatwiej dotrzeć do ofiary, upodobniają się do przedstawicieli innych, łagodniejszych gatunków.

Choćby ostropłetwiec. Ale najpierw pomówmy o Xyrich-thys novacula, rybie czyścicielu, która pomaga zachować higienę wielkim osobnikom innych gatunków. Jest nazywana rybą towarzyszką. Czyszczony i czyszczący porozumiewają się dzięki specyficznym ruchom stanowiącym ich kod komunikacyjny. Mają do siebie wzajemnie pełne zaufanie, w związku z czym duża ryba pozwala się bezpiecznie zbliżyć Xyrichthys novacula. Ostropłetwiec (Aspidontus taeniatus) wykorzystuje tę sytuację: doskonale imitując Xyrichthys no-vacula, kopiując jej sposób poruszania się w najmniejszych szczegółach, chociaż takie ruchy nie są charakterystyczne dla jego gatunku, potrafi zmylić swoją ofiarę (dużą rybę) i dzięki temu obskubuje jej płetwy oraz skrzela.

Zachowania wzbudzające sympatię

Co zrobić, żeby wydać się sympatycznym? Składają się na to pewne konkretne zachowania. Socjologowie znajdują coraz więcej odpowiedzi na to pytanie. Odkryli, że zupełnie obca osoba jest w stanie uzyskać naszą aprobatę w zaledwie kilka minut wyłącznie dlatego, że uważamy ją za sympatyczną. Przykładem mogą być świetni sprzedawcy. Socjologowie zauważyli między innymi, że na większość z nas wywierają niewątpliwy, a jednocześnie nieuświadomiony wpływ pewne ściśle określone cechy sprzedającego: wygląd zewnętrzny, ewentualne podobieństwa z kupującym, pewna familiarność, pochlebstwa, pozytywne wrażenie we wzajemnym kontakcie (odniesienie do miłej chwili spędzonej razem, do znajomych sławnych osób itd.).

Duża liczba manipulatorów (ok. 60%) przyjmuje jako regułę postępowania zawarcie przyjaznych więzi w możliwie najkrótszym czasie, przede wszystkim w kontekście czysto zawodowym. Od początku, od pierwszego kontaktu starają się zrobić wrażenie życzliwych. Są uśmiechnięci, troskliwi, szczodrzy (obdarowują drobnymi upominkami bądź wyświadczają przysługi), nie stronią też od pochlebstw.

Różnica pomiędzy manipulatorem życzliwym a osobą naprawdę życzliwą

Oczywiście nie należy być podejrzliwym w stosunku do każdej sympatycznej osoby. Na szczęście istnieje wielu ludzi rzeczywiście miłych, którzy nie mają potrzeby udawać ani oszukiwać, by zostać docenionymi przez otoczenie. Potrafią jasno i szczerze formułować swoje opinie, życzenia czy odczucia. Takie osoby szanują także życzenia, potrzeby, uczucia i opinie innych. Przy takiej osobie, nawet jeśli mamy krańcowo odmienne zdanie, nie odnosimy wrażenia wyalienowania, nie wydaje nam się, że jesteśmy źle widziani, niewiele warci, nie czujemy się niczemu winni. Osoba naprawdę życzliwa jest pewna siebie i nie musi niczego udawać, jest uśmiechnięta, uprzejma, odnosi się do nas z szacunkiem i nie zaskakuje otoczenia drastycznymi zmianami nastroju. Jej zamiary i zachowania są przejrzyste. Nie stwarza bez przerwy przykrych, niespodziewanych sytuacji, w kontaktach towarzyskich oraz zawodowych jest godna zaufania. Nie ukrywa żadnych cech swojej osobowości i nie dąży do dominowania nad innymi, by odczuć własną wartość. Człowiek rzeczywiście sympatyczny nie zaprzecza swoim wadom (choć nie zawsze jest skłonny się do nich przyznawać, czyje akceptować), a co za tym idzie, zna swoje zalety. Mimo to nie demonstruje ich stale, by udowodnić innym, że jest od nich lepszy albo że inni są od niego gorsi pod wieloma względami.

Wyjaśnienie, czy dana sympatyczna osoba jest, czy nie jest manipulatorem, pozwoli nam lepiej poznać zachowania manipulatora. Oczywiście na początku znajomości manipulator w masce osoby życzliwej nie będzie się w jakiś szczególny sposób odróżniał od człowieka, który rzeczywiście jest życzliwy. Przypomina to pewną słynną we Francji reklamę: „Wygląda to jak masło… Kolor majak masło… ale to nie jest masło!”. Można by tu dorzucić, że smak zdradza prawdę w jednej chwili i od razu w tym momencie można dostrzec różnicę. Innymi słowy musimy na tyle dobrze poznać manipulatora w masce człowieka życzliwego, by stopniowo odsłaniać to, co ukrywa i czego rzeczywiście pragnie. Najbardziej pasywni i naiwni spośród nas, niestety, nie odkryją tego nigdy po prostu dlatego, że nie potrafią określić własnych emocji, a co za tym idzie, nie zyskali świadomości osobistych potrzeb. Tylko taka wiedza daje impuls niezbędny do rozpoznania manipulatora. Tak więc, miliony ludzi żyją według perwersyjnie odwróconego schematu: ważniejsze dla nich jest zaspokojenie potrzeb i wymagań innych niż swoich. Tylko wówczas, gdy takie osoby zanegują istnienie jakichkolwiek własnych wymagań, są w stanie uporać się ze swoją frustracją oraz innymi negatywnymi odczuciami. Uległość w stosunku do drugiego człowieka nie

jest możliwa, dopóki nie doprowadzi się do stłumienia, a następnie negacji własnej osobowości. Taka osoba na pytanie: „Co chcesz robić dziś wieczorem?” odpowiada: „To co ty”, a jeśli będziemy powtarzali pytanie do skutku, chcąc się dowiedzieć, na co naprawdę miałaby ochotę, usłyszymy w końcu zupełnie szczere wyznanie: „Nie wiem”. Zagubione w staraniach, by jak najpełniej zaspokoić życzenia i potrzeby innych, ze strachu przed odrzuceniem, osoby takie nie potrafią w końcu odróżnić swoich własnych odczuć od pragnień otoczenia. Są pasywne, a wobec tego niezdolne do zauważenia manipulatora ukrytego pod maską życzliwości choćby przez dziesięć, a nawet i dwadzieścia lat!

Ludzie tacy nie są świadomi swoich krzywd emocjonalnych zadawanych im przez kogoś bliskiego. Co nie znaczy, że nie cierpią. Natomiast nie mają śmiałości mówić o tych kłopotach i najczęściej zaprzeczają swojemu bólowi. Bardzo rzadko zdarza im się napomknąć o swoich problemach. A ich przyczyny najczęściej w ogóle nie potrafią sobie uświadomić.

Nie jest pozbawiony zalet

Poza tym, że możemy być szczególnie pasywni albo zrezygnowani, może nas zaślepiać jeszcze jeden element, a mianowicie „sympatyczna” strona osobowości manipulatora. Wszystko, co przedstawiam w tej książce, określa manipulatora tylko powierzchownie. Czterdzieści pięć procent manipulatorów środowiskowych, a zwłaszcza „życzliwi”, ma także wiele zalet, jak każdy człowiek. W jaki zatem sposób odróżnić prawdziwe zalety od celowo stwarzanych pozorów? Pomocny będzie czas. U człowieka, z którym mieszkamy czy pracujemy, stopniowo zaczną się ujawniać wady i zafałszowania. Zwykle bardzo trudno je zaakceptować

u osoby cieszącej się autorytetem, na przykład u rodzica lub zwierzchnika. Ileż to razy sekretarka czy inni podwładni nie dostrzegają poważnych niedociągnięć szefa aż do momentu, kiedy nie da się już zaprzeczyć jego niekompetencji? Jeszcze trudniej jest zawiadomić zwierzchnika naszego szefa

O istniejącej sytuacji, jeśli tenże zwierzchnik tkwi w przekonaniu, że wspomniany szef jest osobą jak najbardziej niezawodną. Do podobnych sytuacji dochodzi znacznie częściej, niż nam się wydaje.

A przy okazji – zauważyliście, że najwłaściwszym terminem określającym szefa jest: „osoba odpowiedzialna”? Dlaczego więc godzimy się pracować z przełożonym niegodnym zaufania? W większości przypadków nie stawiamy sobie tego pytania aż do momentu, kiedy mamy „stanowczo dosyć”.

Wróćmy jednak do prawdziwych zalet manipulatora ukrytego pod maską człowieka życzliwego. To on najczęściej inicjuje zabawę, jest wesoły (ale nie zawsze – wszystko zależy od „publiczności”), wysławia się swobodnie, choć często mówi za dużo, pokazuje, jaki potrafi być uczynny, uprzejmy, aktywny, miły i uśmiechnięty. Robi wrażenie osoby działającej skutecznie, kompetentnej oraz inteligentnej. Dokładnie rzecz biorąc, może być rzeczywiście wyjątkowo porządny, obdarzony nienagannym gustem i olśniewać doskonałymi pomysłami, może być świetnym kucharzem, mieć twórczą osobowość albo być prawdziwą złotą rączką. Wszystkie te zalety, które potrafi doskonale wyeksponować, maskują snutą po kryjomu pajęczą sieć. Nie zaprzeczając jego rzeczywistym zaletom, trzeba jednak pamiętać, że nie przeszkadzają one w najmniejszym stopniu zamierzonym manipulacjom. Wręcz przeciwnie, nawet w nich pomagają! Sztuka manipulowania otoczeniem pod

przykrywką życzliwości zasadza się na ukrywaniu celowych działań manipulacyjnych pod reakcjami akceptowanymi, a nawet pożądanymi w relacjach przyjacielskich, sąsiedzkich czy zawodowych.

Pierwszy cel manipulatora to „okręcenie sobie wokół palca” wszystkich obcych. Taki człowiek jest bardzo miły w kontakcie. Nie żałuje komplementów, a nawet pochlebstw. Z początku jest uczynny, wyświadcza symboliczne przysługi

– które jego samego kosztują niewiele. Następnie prosi w zamian o drobne grzeczności, które mu wyświadczasz z ogromną chęcią. Szybko tworzy klimat zaufania, porozumienia, atmosferę radości i bezpieczeństwa. Prezentuje cechy konieczne do nawiązania normalnych przyjaznych relacji. Aż do tego momentu wszystko wydaje się zupełnie proste

i naturalne. Na tym etapie nie masz powodu do podejrzeń. Dopiero kilka miesięcy później zdasz sobie sprawę, że zależność psychologiczna, materialna (ponieważ manipulator potrafi ofiarowywać cenne prezenty i pożyczać duże sumy pieniędzy) albo obie jednocześnie nie pozwalają ci się normalnie rozwijać.

Manipulator zdaje się otoczony gronem przyjaciół, ale, co warto zauważyć, zmieniają się oni mniej więcej co dwa, trzy lata. Oczywiście nowych zdobywa bez najmniejszego kłopotu.

Jeśli już zorientujesz się w sytuacji, bez trudu dostrzeżesz u manipulatora coraz więcej cech charakterystycznych, opisanych w tej książce.

Pamiętajmy, że przy osobie naprawdę życzliwej nie będziemy się czuli źle! Unikajmy jednak podejrzliwego traktowania wszystkich ludzi sympatycznych. Tysiące osób daje dowody swojej życzliwości, nie traktując tego jako środka do osiągnięcia egocentrycznych celów. Większość manipulatorów ukrywa się za ujmującą fasadą; wydają się mili i uprzejmi, ale to przecież nie oznacza, że każdy człowiek posiadający takie cechy jest manipulatorem. Politykami w większości są mężczyźni, ale to nie oznacza, że w każdym mężczyźnie drzemie polityk!